Wracam i zmieniam!

Drodzy!

Minęło nieprzyzwoicie dużo czasu, odkąd na tym blogu pojawił się ostatni wpis. Większość z Was wie zapewne, że w międzyczasie byłam zajęta innymi rzeczami, ale gotowania absolutnie nie zarzuciłam. Wręcz przeciwnie, wracam z masą pomysłów i inspiracji, które – mam nadzieję – pozwolą mi na uatrakcyjnienie tego bloga i dodanie mu nowej jakości:)

Postanowiłam zmienić swoje nawyki żywieniowe i zostać tzw. flexaganką, czyli wegetarianką, która raz na jakiś czas (ale nie więcej, niż raz w miesiącu, a może nawet rzadziej) dopuszcza jedzenie mięsa. Całkowicie z niego zrezygnować nie potrafię, ale uważam, że jakość mięsa, które jemy na co dzień jest tragiczna, dlatego jeśli je będę jeść, to tylko takie, które pochodzi z tzw. „zaufanego” źródła. Zrobi mi to dobrze po przesyconej mięsem i tłuszczami peruwiańskiej diecie.

Tak więc ruszam na nowo, a na pierwszy ogień idą:

DSCN8334

SZPARAGI Z GRANATEM I KOZIM SEREM NA MUSIE Z AWOKADO

SKŁADNIKI:

  • pęczek szparagów (ok 500 g)
  • 1/4 granatu
  • kozia feta (ok. 30-40 g)
  • 1/2 awokado, bardzo miękkiego
  • sok z 1/2 limonki
  • oliwki zielone (4-5 szt)
  • sól, pieprz

Szparagi dokładnie myjemy i wrzucamy do wrzącej, osolonej wody. Gotujemy do miękkości, przez ok. 7 minut (w razie wątpliwości sprawdzamy widelcem). W międzyczasie z granatu wyciągamy mięsiste pestki i przekładamy do miseczki. Do drugiej miseczki wkładamy miąższ z 1/2 awokado, dodajemy sól, pieprz, sok z limonki i posiekane drobno oliwki. Na talerzu układamy najpierw mus z awokado, następnie szparagi, a potem pestki granatu. Posypujemy pokruszonym kozim serem.

Voilá!

DSCN8331

Reklamy

Piekarnicze trzy po trzy

DSCN9679

Trójka jest liczbą, która zdominuje ten wpis! Trzy tygodnie temu zrobiłam w domu bułeczki, które wzbudziły wielkie zainteresowanie moich współlokatorów. Do tego stopnia, że zostałam poproszona o przeprowadzenie „lekcji piekarniczej”. Zabierałyśmy się do tego wiele razy, ale w końcu dziś udało się nam wprowadzić plany w życie i w liczbie trzech (ja, Inga i Desi) opanowałyśmy kuchnię. 

Zastanawiałam się, jakiego przepisu użyć na start. Zdecydowałam się na ten najbardziej podstawowy, bez wariacji, bo uznałam, że na początek najlepiej będzie pokazać dziewczynom podstawy- jeśli się wciągną, to następnym razem będziemy eksperymentować 😉

Proporcje są moim własnym wymysłem i muszę stwierdzić, że ku mojemu zdziwieniu są bardzo dobre, a bułeczki ładnie i szybko rosną.

  • 1/3 + 1 szkl letniego mleka
  • 3 łyżeczki suchych drożdży
  • 3 szklanki mąki
  • szczypta soli

do posmarowania: 1 jajko, garść sezamu

W 1/3 szkl ciepłego mleka rozpuszczamy drożdże, odstawiamy na ok. 7-8 minut. Przesiewamy mąkę do miski lub garnka, dodajemy sól, a następnie zaczyn i resztę mleka i wyrabiamy ciasto- jeśli będzie zbyt luźne, należy dosypać nieco mąki. Ja wyrabiałam około 7 minut i tyle wystarczy, żeby było dobre. Odstawiamy przykryte ściereczką na 30 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Ciasto dzielimy na 6 części i formujemy dowolne kształty- u nas precle i warkocze, odstawiamy na 10 minut do napuszenia. Jajko rozkłócamy, smarujemy bułeczki i posypujemy sezamem. Pieczemy około 20 minut.

DSCN9675

Ambasador smaku, czyli niewymownie pyszna drożdżówka.

la foto

 

Kolega ma dziś urodziny, więc ze współlokatorką stwierdziłyśmy, że warto zrobić mu niespodziankę i przygotować coś pysznego. Opcja z tortem przegrała z brakiem czasu, więc musiałam wymyślić coś, co wymagałoby w miarę niewielkiego nakładu pracy, ale jednocześnie chciałam, żeby ciacho było oryginalne. No tak, drożdżówka to po prostu szczyt polskiej oryginalności, ale uwierzcie, że za wielką wodą zrobiła furorę.

Zwijałam się ze śmiechu, kiedy początkowo kolega próbował ją kroić jak tort i pytał mnie, czemu nie podałam widelczyków. Później popłakałam się, kiedy na jego prośbę powiedziałam mu, jak nazywa się ten wynalazek. Wszelkie próby powtórzenia spaliły na panewce i nie pomogło nawet zapisanie na tablicy;) 

przedstawiam zatem „drozwzwuwskę”

  • 700g mąki
  • 3/4 szkl + 2 łyżki ciepłego mleka
  • 100 g masła
  • 4 jajka
  • 2 tabliczki czekolady
  • szklanka cukru
  • 8-10g drożdży suchych
  • szczypta soli

Masło roztapiamy, odstawiamy do ostudzenia. Do mleka wsypujemy drożdże, mieszamy dokładnie i zostawiamy na ok. 10 min. żeby zaczęły „pracować”. Mąkę przesiewamy, dodajemy sól i cukier. Ubijamy pianę z białek. Do mąki wlewamy zaczyn drożdżowy, masło i żółtka i ugniatamy, a następnie dodajemy pianę z białek i zagniatamy jednolite cisto- jeśli będzie zbyt luźne, podsypujemy mąką. Zagniatamy około 5-8 minut, aż zaczną się pojawiać bąbelki powietrza. Wkładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia objętości. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej z 2 łyżkami mleka, odstawiamy do ostygnięcia. Ciasto odgazowujemy uderzając pięścią, formujemy prostokąt i smarujemy czekoladą, zostawiając wolne boki. Zwijamy w rulon i wkładamy do natłuszczonej formy. Wierzch smarujemy rozbełtanym jajkiem. Pieczemy około 30-35 min w 180 stopniach.

voila!

Olewam. Nie robię.

DSCN9258

Czasem w każdym budzi się wewnętrzny leń. U niektórych wręcz czasem tylko usypia 😉 Nie chce mi się wymyślać skomplikowanych potraw, choć kilka idei krąży mi po głowie od dłuższego czasu- no cóż, może kiedyś zrealizuję te pomysły. Na razie, szybki recykling lodówki i wariacja na temat lokalnego przysmaku: choclo con queso, czyli kukurydzy z białym serem.

  • 1 choclo (odmiana kukurydzy- w „normalnych” warunkach może być zwykła…)
  • 0,5 papryki
  • 1 pomidor
  • puszka tuńczyka
  • kilka gałązek huacatay (odmiana mięty- można zamienić)
  • ser biały typu bundz
  • oliwa, sól, pieprz

Kukurydzę obieramy i gotujemy około 7-8 minut w osolonej wodzie. Paprykę i pomidora kroimy w kostkę, na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy warzywa i podsmażamy do miękkości.  Ser kroimy na grube plastry. Tuńczyka odsączamy. Wszystko układamy na talerzu, przyprawiamy i ozdabiamy miętą.

DSCN9259

Smacznie, zdrowo, kolorowo, na totalnego lenia ;]

EAT COBB!

DSCN9274

 

COBB Salad to amerykańska klasyka gatunku. Legenda mówi, że powstała w latach 30. XX wieku, spontanicznie, kiedy to Robert Howard Cobb, właściciel restauracji Hollywood Brown Derby wpadł głodny do kuchni i na szybko przygotował sobie sałatkę z tego, co akurat znalazł w lodówce. Zapewne historia ta nie ma zbyt wiele wspólnego z prawdą, ale faktem jest, że połączenie składników jest idealne i kto raz spróbuje tej sałatki, już się od niej nie uwolni!

Składniki mogą się różnić w zależności od inwencji, ale istnieje żelazna podstawa, bez której Cobb nie byłby sobą! Nazwy kluczowych składników zawierają się właśnie w haśle EAT COBB: Eggs, Avocado, Tomato, Chicken, Onion, Bacon, Blue Cheese 🙂

SKŁADNIKI:

  • 1 główka sałaty lodowej
  • 4 jajka
  • pierś z kurczaka
  • awokado
  • 2 pomidory
  • 150 g sera z niebieską pleśnią, np. gorgonzola
  • 6 plastrów boczku
  • 2-3 cebulki dymki
  • 1 dojrzałe mango
  • kiełki (opcjonalnie do przybrania)

Jajka gotujemy na twardo, boczek podsmażamy na patelni aż skruszeje. Kurczaka kroimy w drobną kostkę i też wrzucamy na patelnię lub nacieramy oliwą i pieczemy przez ok. 20 minut. Wszystkie składniki kroimy w kosteczkę, sałatę rwiemy na kawałki. Układamy w naczyniu w kolejności: sałata, awokado, cebulki, mango, jajka, boczek, ser, pomidory, kiełki.

na sos:

  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sok z połówki cytryny
  • 1 łyżka musztardy Dijon
  • 1 ząbek czosnku, zmiażdżony
  • sól, pieprz

    Składniki sosu mieszamy ze sobą, chłodzimy w lodówce przynajmniej 30 min. Polewamy sałatę tuż przed podaniem.

Voila!

 

Chińsko-peruwiański mariaż, czyli LOMO SALTADO

DSCN9814

Lomo saltado („wytrzęsione polędwiczki”) to jedno ze sztandarowych dań  CHIFA, czyli kuchni będącej fuzją wpływów chińskich i peruwiańskich. Mało kto wie, że w Peru mniejszość chińska jest dość liczna- przybyli oni w XIX wieku w poszukiwaniu pracy, często wykonywali zajęcia, którymi nie chcieli zajmować się Peruwiańczycy i byli traktowani jak niewolnicy. Chifa powstała z potrzeby zaadaptowania chińskich przepisów do produktów dostępnych w Peru. Samo słowo pochodzi prawdopodobnie od chińskiego czasownika „chi-fan” oznaczającego „jeść ryż”. Obecnie słowem Chifa określa się w Peru wszystkie restauracje serwujące kuchnię chińską. Emblematyczne dania to „arroz chaufa”, czyli smażony ryż oraz właśnie „lomo saltado” 🙂

Wszystkie składniki są dostępne w Polsce, więc możemy sobie zafundować szybką podróż przez oba krańce świata ;]

LOMO SALTADO

  • 600 g polędwicy wołowej
  • 3 czerwone cebule
  • 4 mięsiste pomidory
  • 1 ostra papryczka (tradycyjnie ají, ale ciężko zdobyć w Polsce, więc może być również chili)
  • olej lub oliwa z oliwek
  • 2-3 ząbki czosnku
  • garść kolendry
  • sól, pieprz

na frytki:

  • 0,5 kg ziemniaków
  • olej

dodatkowo: ryż

Przygotowujemy ryż wg przepisu, smażymy frytki.

Polędwicę myjemy, kroimy w cienkie paseczki i nacieramy solą i pieprzem. Pomidory i cebulę kroimy w dość grube, podłużne paski, z papryczki wyjmujemy ziarenka i również kroimy. Siekamy kolendrę. Na patelni grillowej rozgrzewamy nieco oleju, dodajemy zmiażdżony czosnek, wrzucamy mięso. Smażymy ok 1-1,5 min, potrząsając co chwila, odstawiamy. Tłuszcz ze smażenia przelewamy do woka lub głębokiej patelni, dodajemy cebulę, papryczkę oraz pomidory, szklimy, dodajemy mięso oraz kolendrę, energicznie potrząsamy, dodajemy frytki i szybko mieszamy.

DSCN9797 DSCN9798

Podajemy od razu, w towarzystwie ryżu 🙂

Mango-Papaj-Paj. Bo w życiu liczy się improwizacja!

DSCN9795

Odkąd jestem w Limie w ogóle nie gotuję! Cóż, kiedy wokół jest tyle dobrego i niedrogiego jedzenia, gotowanie wydaje się być stratą czasu, tym bardziej, że chęć poznania tutejszej kuchni jest silniejsza niż potrzeba stania za garami 😉 dzisiaj jednak stwierdziłam, że czas skończyć z tym kulinarnym odwykiem i zupełnie spontanicznie postanowiłam kreatywnie wykorzystać zakupione po drodze do domu mango i papaję. Efekt? Mało fotogeniczny, ale jeśli chodzi o smak- spektakularny! Ciasto jest bardzo wilgotne, przypomina nieco konsystencją te marchewkowe, a przy okazji nie ma w nim dodatku tłuszczu 🙂 można je jeszcze bardziej „uzdrowić”, dodając otręby zamiast zwykłej mąki, ale po co się katować? ;P

Od razu zastrzegam, że ciasto powstało w mojej głowie i podczas jego wykonywania nie zwracałam zupełnie uwagi na proporcje i ilość składników, dlatego podaję je mocno orientacyjnie.

MANGO-PAPAJ-PAJ 😉

  • 3 małe, dojrzałe mango (albo 2 większe)
  • 1 mała, dojrzała papaja *
  • 1 limonka
  • 3 jajka
  • 3/4 szkl cukru
  • 2 szkl mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • cynamon
  • 1 banan

Mango i papaję obieramy, miksujemy na papkę. Wlewamy do rondelka i podgrzewamy, dodając sok wyciśnięty z limonki, cynamon oraz 2 łyżki cukru. Studzimy. Jajka ubijamy z resztą cukru, dodajemy przestudzony mus oraz po odrobinie mąki z proszkiem do pieczenia, aż do połączenia wszystkich składników. Wylewamy do formy. Banana kroimy w plasterki, układamy na cieście. Pieczemy około 30-35 minut w 180 stopniach (tak przynajmniej podejrzewam, bo nie mierzyłam czasu, a i piekarnik tutaj jakiś dziwny, więc bym mu nie ufała 😉 )

Chętnie bym połączyła to ciasto z jakimś kwaskowym dżemem 😉

*z tym może być kłopot w polskich warunkach, ale myślę, że spokojnie można zastąpić np. dodatkowym mango albo, dla złamania smaku, brzoskwiniami czy ananasami z puszki

Utarło się, że… piekę tarty ;) cz.1

DSCN9278

Tak to już się wśród moich znajomych utarło, że jestem specjalistką od tart ;] Prawdą jest, że uwielbiam je piec i uważam, że dają ogromne pole do popisu! Co więcej, zdecydowana większość zna je i lubi w wersji słodkiej (choćby tę najsłynniejszą, Tarte Tatin), ja zaś zdecydowanie wolę kombinować ze smakami słonymi. Oto jedna z moich sztandarowych tart- warzywna.

TARTA WARZYWNA

na ciasto:

  • 150 g zimnego masła
  • 300 g  mąki
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki śmietany

Mąkę przesiewamy, robimy w kopczyku wgłębienie, do którego wkrajamy masło i dodajemy żółtko. Siekamy nożem o szerokim ostrzu, aż z mąki i masła zrobi się kruszonka. Dodajemy śmietanę i szybko (naprawdę szybko!) wyrabiamy, aż otrzymamy zwarte ciasto. Owijamy folią i wsadzamy na 0,5h do lodówki. Po tym czasie wyjmujemy, rozwałkowujemy i wsadzamy do formy. Nakłuwamy widelcem i chłodzimy przez godzinę. Po tym czasie wierzch przykrywamy folią aluminiową, ponownie nakłuwamy i pieczemy 15 minut w 180 stopniach.

na wierzch:

  • 400 g serka kremowego (używam zwykle Piątnicy)
  • 2 jajka
  • 2 łyżki śmietany
  • po 1 papryce czerwonej, żółtej i zielonej
  • 1 cukinia
  • 1 bakłażan
  • pestki dyni
  • sól, pieprz, oregano
  • oliwa

Warzywa myjemy, kroimy w krążki, wykładamy na blachę do pieczenia. 3 łyżki oliwy mieszamy z łyżeczką oregano i smarujemy warzywa, wstawiamy do piekarnika ustawionego na 180 stopni na 10-15 minut. Serek ubijamy z jajkami i śmietaną, przyprawiamy. Na podpieczony spód wylewamy masę serkową, układamy warzywa (ja najpierw układam cukinię i bakłażana, a na wierzch daję papryki- naprzemiennie, tak, aby było jak najbardziej kolorowo) i posypujemy pestkami dyni. Pieczemy w 180 stopniach przez około 20 minut.

Voila!

DSCN9279

 

Serce w brulionie.

DSCN9263

Muszę się do czegoś przyznać- mimo, że staram się nie korzystać z książek kucharskich, a przeglądanie blogów kulinarnych przeglądam raczej w poszukiwaniu inspiracji, niż gotowych pomysłów, mam słabość do pewnego brzydkiego, brązowego brulionu w formacie A4. Rzadko do niego zaglądam, ale za każdym razem, gdy to robię, oczy mi wilgotnieją, bo znajdują się tam najcenniejsze kulinarne skarby, jakie posiadam: przepisy, zanotowane odręcznie przez moją Babcię i Mamę. Żadne tam fusion, zero postępowych rozwiązań- receptury na zwykłe, codzienne potrawy i ciasta, teraz mogące z łatwością być uznawane za kuchenny vintage. Został założony w czasach, kiedy nikomu przez myśl nie przeszło liczenie kalorii: sałatki ociekają majonezem lub boczkiem, większość ciast ma zatrważające jak na nasze standardy ilości tłuszczu i jajek, a jednak pamiętam doskonale ich smak- były najlepsze na świecie! Dodatkowo wszystko spisane odręcznie, drobnym i skrupulatnym pismem Babci, później krągłym i zdecydowanym Mamy. Czytając przepisy czuję się, jakbym nawiązywała nić z przeszłością, przypominają mi się smaki i zapachy dzieciństwa,  mam też wrażenie, że między literami kryje się doświadczenie drogich mi Osób. Ja jestem tylko zwykłą spadkobierczynią, rzemieślnikiem- postanowiłam jednak kontynuować rodzinną tradycję i wypełniać puste jak dotąd kartki moim pismem. Blog to jedno, to narzędzie podyktowane przez wymóg czasów, dość anonimowe i powszechne; papier jest dużo bardziej intymny, osobisty, pisząc zostawiamy na nim cząstkę siebie. Kto wie, być może jeśli dorobię się kiedyś dzieci przekażę im w spadku ten stary, brzydki brulion, którego otwarcie jest wycieczką w przeszłość i namacalnym kontaktem z tymi, których już nie ma? Oby.

DSCN9261

„Placek ala Kondziu” to ciasto nierozerwalnie związane z moim dzieciństwem. Przepis na nie pochodzi z jakiegoś pisemka dla dzieci, które czytał mój Brat (możliwe, że mnie wtedy jeszcze na świecie nie było)- stąd też taka nazwa. Zawsze kiedy nastawał sezon na wiśnie, drylownica szła w ruch, a dom wypełniał się zapachem świeżo upieczonego placka. Potrafiłam w siebie wepchnąć jego każdą ilość, bo uwielbiałam to połączenie słodyczy i kwaskowości owoców. Przepis na długo zapomniany, odkopany został przy kolejnej lekturze brulionu. Smak taki sam, jak te kilkanaście lat temu, a uśmiech na twarzy gwarantowany!

PLACEK A’LA KONDZIU

  • kostka margaryny typu Palma
  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 3 jajka
  • łyżka proszku do pieczenia
  • dowolne owoce sezonowe (najlepszy jest wg mnie z wiśniami, w tym wypadku użyłam jagód i malin)

Margarynę topimy, odstawiamy do ostudzenia. Jajka ubijamy z cukrem, następnie dodajemy po trochu mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia, a na koniec ostrożnie wlewamy przestudzoną margarynę. Masą wypełniamy natłuszczoną lub wyłożoną papierem do pieczenia foremkę, a następnie układamy na wierzchu owoce. Pieczemy około 35-40 minut w 180 stopniach. Po ostygnięciu posypujemy cukrem pudrem.

DSCN9262

Tęskniliście? ;)

DSCN9271

 

Ach, jak dawno mnie tu nie było! Jedne zmiany gonią drugie i zdecydowanie częściej dopieszczam drugi blog, ale o Kuchennym Eseju nie zapomniałam całkowicie! Co więcej, przed wyjazdem uzbroiłam się w kilka potraw do zaprezentowania, tak, żeby mieć co wrzucać zanim się tutaj zorganizuję i zacznę na nowo szaleć w kuchni 😉 

SAŁATKA „BBF” (Beetroot, Broccoli, Feta)

  • 2 brokuły (lub 1 brokuł i 1 kalafior)
  • 4 buraki
  • kostka sera feta
  • 50 g migdałów w płatkach

Umyte, ale nie obrane buraki wrzucamy do wrzącej i osolonej wody i gotujemy przez 30-40 minut, aż będą miękkie, ale nie rozpadające się. Po tym czasie wylewamy wodę, studzimy, po czym obieramy ze skórek. W drugim garnku zagotowujemy wodę, myjemy brokuły i dzielimy je na mniejsze różyczki, a następnie blanszujemy we wrzątku przez około 3-4 minuty i odcedzamy. Buraki i fetę kroimy w drobną kostkę, wrzucamy do miski, mieszamy razem z różyczkami brokuła. Migdały prażymy na suchej patelni, aż do zbrązowienia, posypujemy. Odstawiamy na co najmniej godzinę do lodówki, aby smaki się zmieszały.

SOS MIĘTOWO-JOGURTOWY

  • kubek (175-200g) jogurtu naturalnego
  • garść świeżej mięty
  • świeżo zmielony pieprz, sól

Mieszamy jogurt, posiekaną miętę i przyprawy, ostawiamy do lodówki na ok. godzinę. Polewamy sosem sałatkę.

DSCN9269