Obrazek

Dziś uświadomiłam sobie, że odkąd się przeprowadziłam (a to już ponad miesiąc) nie ugotowałam absolutnie NIC. Jak na to, że czasem potrafię spędzić w kuchni kilka dni pod rząd, to niewyobrażalne. Ten stan trwałby pewnie dłużej, gdyby nie to, że stojąc w kuchni,kiedy moi współlokatorzy zastanawiali się głośno, czy będą gotować obiad, w mojej głowie błyskawicznie powstała idea: „JA coś zrobię”. A że czasu nie było zbyt wiele, a i pogoda nie sprzyja kreatywności, stwierdziłam, że powtórzę moje ostatnie danie, które nie doczekało się publikacji: dwukolorowy krem marchewkowo-selerowy. 

SKŁADNIKI:

na krem marchewkowy:

  • 1kg marchewek
  • kawałek świeżego imbiru
  • sól, pieprz

na krem selerowy:

  • 2 duże selery
  • sok z 1/2 cytryny
  • sól, pieprz (u mnie czosnkowy: bardzo dobry!)

Marchewki i selera obieramy, kroimy na mniejsze kawałki. Gotujemy w bulionie do miękkości- marchewki się szybciej ugotują, więc musimy kontrolować i wyłowić je
w odpowiednim momencie. Marchewki umieszczamy w blenderze i miksujemy dokładnie, podlewając bulionem, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Korzeń imbiru obieramy
i ścieramy na tarce (na najdrobniejszych oczkach), po czym dodajemy do kremu marchewkowego i mieszamy, przyprawiając solą i pieprzem wg uznania. Następnie robimy krem z selera: w drugim garnku blendujemy selera, również podlewając bulionem. Wlewamy sok z cytryny, przyprawiamy i mieszamy energicznie.

Teraz kolejna część spektaklu, czyli sposób podania. Ja na razie wpadłam na trzy 😉

1. Na połowę talerza wylewamy chochelkę kremu z marchewki, na drugą- chochelkę kremu z selera i powstaje coś w rodzaju chińskiego yin-yang

2. Na środek talerza wylewamy ostrożnie po łyżce jednego i drugiego kremu- w ten sposób powstanie wzór jak na cieście „zebra” 😉

3. Wlewamy chochelkę jednego kremu, następnie na środek drugiego, potem łyżkę pierwszego i łyżeczkę drugiego (jak na zdjęciu)

Podałam z tostami z masłem bazyliowym 🙂

(masło bazyliowe jest banalnie proste: miksujemy masło z listkami świeżej bazylii i solą ❤ )

I jeszcze mała anegdotka: tuż po podjęciu decyzji o zrobieniu zupy poszłam kupić składniki. Wracam i od progu chwalę się, że kupiłam świeżą bazylię, na co mój współlokator mówi: „No przecież mamy tu świeżą, tylko, że suszoną!”

Enjoy!

 

Reklamy