Wyznaję zasadę, że każde miasto należy zwiedzać wszystkimi zmysłami. Zazwyczaj skupiamy się na wzroku, czasami włączamy też słuch, niemal zupełnie zapominając o smaku, zapachu i dotyku. Od jakiegoś czasu staram się uprawiać turystykę kompleksową, której ważnym elementem jest czynnik (a jakże!) kulinarny. Berlin, jako tygiel kulturowy, jest idealnym miejscem do poznawania nowych smaków i czerpania inspiracji- problem polegał na tym, że spędziłam tam niecałe dwa dni, co sprawiło, że mój apetyt się rozbudził, ale nie miał szans na zaspokojenie. Mimo to, udało mi się choć trochę udokumentować kulinarną stronę Berlina- tę odsłonę nazwałam roboczo „Death by sugar”.

Obrazek

Schokowerkstatt Ritter Sport

Französische Straße 24

Do tego miejsca trafiłam przypadkiem, w drodze na Unter der Linden. Plan wycieczki był napięty, więc pędziłyśmy przez ulicę, gdy nagle zobaczyłam logo Ritter i pomyślałam: „MUSZĘ tu wejść”. Po  przekroczeniu progu, poczułam się niemal jak w odwiedzinach i Willy’ego Wonki. W pierwszej sali można było skomponować swoją własną czekoladę- do wyboru była biała lub mleczna i cała masa dodatków, od suszonych owoców, przez chrupki, aż po żelkowe misie. Gdyby nie kolejka, ciągnąca się wzdłuż gabloty, sama chętnie bym coś wymyśliła, ale postanowiłam zadowolić się robieniem zdjęć.

Obrazek

Druga sala była zapełniona wszelkimi możliwymi rodzajami czekolad Ritter. Były tam nie tylko te najsłynniejsze, 100-gramowe tabliczki (w oszałamiającej cenie 85 centów za sztukę!), ale również ich miniaturki, zestawy, praliny i… kalendarze adwentowe 😉 

Obrazek

Góra natomiast została przeznaczona na mini-muzeum (które prezentowało krótką historię firmy i gdzie objaśniony był proces robienia czekolady) oraz kawiarnię, która serwowała cuda na bazie czekolad Ritter. Chyba nie muszę mówić, że w takich miejscach kalorii się nie liczy.

Obrazek

 

 

Mała kawiarenka gdzieś na Kreuzbergu

Stare, podkarpackie przysłowie głosi, że na słodkie jest w żołądku osobna kieszonka. Drugiego dnia, po obfitym obiedzie (o nim następnym razem), kiedy wydawało się, że fizycznie nie będziemy w stanie już nic w siebie wcisnąć, trafiłyśmy na uroczą, malutką kawiarenkę, stylizowaną na lata 20. bądź 30. ubiegłego wieku. Z gablotek spoglądały na nas wspaniałe ciasta, z których każde mówiło: „zdjedz mnie!”. Odrobina zdrowego rozsądku nakazała nam wzięcie jednego kawałka tortu czekoladowego na trzy osoby (ekspedientka pewnie pomyślała, że nas nie było stać na więcej ;p ), lecz i to starczyło, żeby rozpłynąć się z rozkoszy- ciasto było ciężkie, wilgotne, intensywnie czekoladowe z delikatnym musem z malin na wierzchu. Po prostu niebo w gębie!

Dodatkowym smaczkiem tego miejsca były małe, cukrowe myszki 😉 niestety, z przyczyn oczywistych nie zdołałam ich spróbować…

Obrazek

 

http://www.youtube.com/watch?v=vwwkjI65Q0A

 

Reklamy